O północy wpada przez lekko uchylone okno sypialni mały nietoperz. Mylę go z ptaszkiem. Pomyłka ta kosztuje mnie niemało, ląduję w Klinicznym Oddziale Chorób Zakaźnych w Ostródzie.

Nieproszony gość

W środku nocy budzi mnie dziwny hałas. Nie umiem go rozpoznać; stukanie, szuranie itp. Zapalam światło i widzę, że coś skoczyło na firankę, po czym spadło z niej na podłogę za moim łóżkiem. Zaglądam; jakiś ptaszek. Wystraszam go stamtąd i moim oczom ukazuje się biegający z kąta w kąt wystraszony „ptak” z rozłożystymi skrzydłami. Jest czarny. Chcę mu pomóc, złapać i wypuścić na dwór. Mam wrażenie, że to jakiś dziwny ptak, ale jestem zaspana i nieco zszokowana niespodziewaną wizytą, nie rozpoznaję. Na myśl przychodzi mi jaskółka (duże skrzydła), co jest bez sensu, potem kawka. Chwytam gościa za skrzydła jedną ręką, drugą chcę go otulić tak, żeby nie zrobić mu krzywdy i wtedy on wpija się w mój palec tak mocno, że muszę strząsnąć go na podłogę. Jestem w szoku; ptak gryzie? Zastanawiam się chwilę i wiem, że muszę go złapać, obejrzeć i zabezpieczyć. Schował się pod komodą. Przemywam skaleczony i obficie krwawiący palec wodą utlenioną, nakładam na rankę balsam Szostakowskiego, zaklejam opatrunkiem. Wracam do sypialni. Czuję, że mam kłopot. Pewności nabieram wtedy, gdy po trzech godzinach udaje mi się wreszcie nakryć intruza pudełkiem. Przyglądam się, pierwszy raz w życiu widzę nietoperza. Jest mały i wstrętny, obrzydliwy. Zabezpieczam zwierzę i kładę się spać. Jest mi trochę nieswojo, ale pogrążam się w nicości.

Co robić?

Jest piątek. Rano czekam na godz. 8, wtedy zaczynają pracę urzędy. Dzwonię do Sanepidu. Kompetentny pan rozmawia ze mną rzeczowo. Najpierw wywiad, potem zalecenie, abym natychmiast udała się do Poradni Chorób Zakaźnych. On sam powiadamia poradnię o mojej wizycie oraz informuje lekarza weterynarii, który przyjeżdża do mnie i zabiera ssaka. Będzie przebadany na obecność wścieklizny, którą to chorobę m.in. nietoperze przenoszą. Dociera do mnie, jak bardzo sytuacja jest poważna.

W poradni przyjmuje mnie przemiła lekarz, pani Danuta Żyromska-Przelaskowska, która, jak się później dowiedziałam, jest ulubienicą pacjentów. Dla wszystkich ma uśmiech, czas oraz mnóstwo empatii. Pani doktor od początku bardzo angażuje się w moją sprawę. Ponieważ aktualnie poradnia nie dysponuje surowicą, dzwoni po całym województwie, aby ją dla mnie zdobyć. Dowiaduję się, że dostanę jeszcze zastrzyk przeciwtężcowy oraz przeciwko wściekliźnie. Musimy czekać, ale słyszę, że zostanę na oddziale przez 3 dni, ponieważ po podaniu tych leków moja reakcja na nie musi być poddana obserwacji. Podobno może dojść nawet do wstrząsu. Dzwoni do mnie lekarz weterynarii i informuje, że wstępne badanie (w Olsztynie) nietoperza wykluczyło wściekliznę. Cieszę się, sądząc, że szczepienia nie są już potrzebne. Radość trwa krótko. Panie mówią mi, że badanie to nie jest w 100% wiarygodne, a wyniki drugiego poznamy dopiero za miesiąc, co byłoby w przypadku wyniku pozytywnego sporo dla mojego zdrowia za późno. Tak czy tak, muszę leki dostać. Zostaję na oddziale.

Odział Chorób Zakaźnych

Oddział może przyjąć ponad 20 pacjentów, którymi opiekuje się troje lekarzy. Sale przeważnie są dwuosobowe. Można zrobić sobie herbatę w czajniku wystawionym na korytarzu, można skorzystać z lodówki. Czysto i wygodnie. Gdyby nie choroby, byłoby całkiem miło.

Po „zaobrączkowaniu” pielęgniarka prowadzi mnie do dwuosobowej sali. Na razie będę tu sama. Podoba mi się. Przy każdej sali jest łazienka, a z mojego pokoju nawet wyjście na zewnątrz. Abstrahując od przyczyny mojego pobytu tutaj, czuję się dobrze. Przemiły personel stwarza iście domową atmosferę. Chcę obejrzeć cały oddział, ale pani doktor prosi, żebym wróciła na salę. Orientuję się, że pacjentom nie wolno wchodzić do żadnych innych pomieszczeń, wszak to oddział zakaźny. Pochwalam w duchu ten rygor, to dla mojego i innych chorych bezpieczeństwa. 

Późnym popołudniem dociera surowica pożyczona w innym mieście. Pod okiem lekarza dyżurnego aplikują mi kilka zastrzyków. Pytam doktora, czy to aż tak niebezpieczne, że musi nam asystować, a on odpowiada: „Czujności nigdy za wiele”. Na moją prośbę tłumaczy mi, jakie mogą być zagrożenia. Chyba trochę się zdenerwowałam. Muszę przyznać, że nikt z personelu nie uciekał z odpowiedziami na moje, niestety, liczne pytania. Czułam szacunek do mnie i pełne zrozumienie. Moje zbytnie momentami gadulstwo nie wywołało nawet śladu niezadowolenia na twarzach pielęgniarek czy lekarzy.

Nieszczęścia łączą ludzi

W sobotę, czyli następnego dnia, zostałam przeniesiona do innej sali, którą dzielę z miłą panią Kasią. Kobieta od lat walczy z wirusem „C” wątroby. Opowiada, jak ordynator oddziału, Piotr Kocbach, bardzo jej pomógł w zdobyciu najlepszego, lecz bardzo drogiego leku w 100% zwalczającego wirusa. 

 – Wirusa już nie mam – mówi. – Ale muszę przyjąć jeszcze dwa opakowania leku, żeby wykluczyć jego „powrót”. 

Lekarstwo jest dobre, ale niszczy krew pani Kasi. Już drugi raz przetaczają jej nową, sprowadzoną z Olsztyna. Ordynator skontaktował panią Kasię z najlepszym hematologiem, z którym współpracuje w leczeniu kobiety. Jej życie, to ciągłe wizyty u lekarzy i częste pobyty na oddziale.

Poznaję też kobietę, która choruje na neuroboreliozę wywołaną przez kleszcza. 

– Za późno rozpoznano moją chorobę – mówi pacjentka. – Mam już ją w mózgu. Wszystko mnie boli. Tego nie da się już chyba wyleczyć, trzeba czekać.

Oprócz groźnego schorzenia, kobieta ma inny problem. Opowiada, że mąż podżyrował znajomemu pożyczkę na 360 tys. zł. i teraz musi ją spłacać, bo tamten zniknął i ślad po nim zaginął.

– Wcześniej specjalnie rozwiódł się z żoną, żeby jej w to nie mieszać – mówi załamana kobieta. – Sąd orzekł, że to mój mąż musi spłacać. A on już ledwo daje radę, ale musi pracować. Nie warto ludziom pomagać.

Poznaję również historię młodej kobiety, której wątrobę zniszczył tasiemiec bąblowcowy. Przedostał się on do organizmu z nieumytymi jagodami leśnymi, na których zwierzęta, nosiciele tasiemca (wilki, lisy), załatwiają potrzeby fizjologiczne. Pacjentki opowiadają, że pan ordynator pomógł tej pani w załatwieniu przeszczepu wątroby. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że rok po przeszczepie wykryto u dziewczyny wirusa „B”.

Na oddziale leży także pacjentka również z bąblowicą, ale dodatkowo chora na boreliozę. Podobno nie zgadza się na przeszczep wątroby.

Na oddziale chorób zakaźnych leżą przeważnie ciężko chorzy ludzie. Otrzymują tu wspaniałą pomoc. Lekarze z oddaniem walczą o zdrowie i życie swoich pacjentów, którzy są świadomi tego, ile im zawdzięczają. Kiedyś na sesji Rady Powiatu padła propozycja likwidacji tego oddziału, bo ponoć przynosi straty. Radnemu, który wyskoczył z takim pomysłem zalecam krótki pobyt w tym miejscu, na pewno poskutkuje. Życie ludzkie, panowie radni, nie ma ceny.

Dziękuję personelowi oddziału z doktor Danutą Żyromską-Przelaskowską na czele za życzliwe potraktowanie mojej osoby, za zrozumienie i pomoc.

B. Chyrzyńska

Artykuł ukazał się w papierowym wydaniu Tygodnika Nasz Głos, 11 sierpnia 2016 roku. 

Skip to content